Uciekam, bo się boję.

Cenię sobie przyjaźń, pragnę ogromnej miłości. Chcę bliskości i jej potrzebuje lecz po pewnym czasie…uciekam.

Długo zastanawiałam się od kiedy tak mam i co jest tego powodem. Duży bagaż doświadczeń pokazuje, że tkwi we mnie jakiś jeszcze nie określony problem. Moi bliscy zauważyli to kilka lat wcześniej – ja, dopiero od niedawna. Mają racje, wiem.

Najprościej byłoby powiedzieć, że uciekam przed bliskością ale nie jest to takie oczywiste do zdiagnozowania. Zaczęło się od uciekania przed przyjaciółką – czego jakoś nie zakodowałam w mojej głowie. Dla mnie w 90 % było zawsze OK. Ale gdy spojrzałam na to z dystansem i szczerze analizowałam przeszłość to jest to całkowita prawda. W naszej przyjaźni były miesiące gdzie ja jej znikałam – najczęściej wchodziłam w nowe towarzystwo zostawiając prawdziwą przyjaźń za sobą. No i po krótszym czy też dłuższym czasie wracałam. Od tak. Jak z dobrej imprezy wracało się do domu po dwóch dniach. Dla mnie to było nic wielkiego, dla niej wręcz przeciwnie. Lecz przyjmowała mnie zarówno te osiem lat temu jak i miesiąc temu. Nie wiem czym sobie na to zasłużyłam ale jestem jej za to cholernie wdzięczna. Zawsze była i będzie dla mnie kimś więcej niż przyjaciółką. To Ty w największym stopniu mnie ukształtowałaś i robisz to nadal.

Przepraszam.

W moim życiu zagościła też druga bardzo bliska mi osoba. Napiszę o niej ‚Znajoma’ bo wiem jak kiedyś bawiło nas to określenie i jak bardzo go nie lubiła. Była kimś zdecydowanie ważniejszym. Bardzo dużo pokazała mi nowych rzeczy, ciekawszego życia, pomogła mi w odnalezieniu samej siebie, pasji. Cholernie wiele jej zawdzięczam.
I też uciekłam.

Przepraszam.

Co do miłości, tych mniejszych i większych, to zasada jest prosta: tam gdzie ciężej – zostawałam, gdzie zbyt spokojnie – uciekałam. Wiecznie mi brakowało chyba wrażeń i sporej dawki emocji wszelakich. Może z tego się wyrasta? Może musiałam mieć więcej czasu aby określić jakiego partnera poszukuję a nie popadać ze skrajności w skrajność? Kwestia miłości nigdy do łatwych nie należy więc nie będę się tu rozpisywać. Uważam, że ogromnym sukcesem jest to, że wiem czego nie chce. W co, już za nic w świecie, nie chcę się wpakować.
Przynajmniej się staram.
No więc, dlaczego uciekam?

Sadzę, że wolę, ja, zniknąć z czyjegoś życia niż miałoby być odwrotnie. Sporo razy dostałam od życia po tyłku. I to na prawdę boleśnie. Więc to chyba taki… system obronny? Jak jest za dobrze, zbyt pewnie to włącza mi się jakiś alarm ostrzegający przed tym, że to wszystko może prysnąć jak bańka mydlana. I zostanę sama. Znowu. Ktoś mnie zrani. Po raz kolejny.

To nie jest tak, że gdy ja odchodzę to mnie nie boli. Jasne, że jest to dla mnie mniej lub bardziej bolesne ale na pewno łatwiej mi to znieść niż zranienie przez kogoś innego. Nikt nie lubi tego uczucia a ja po prostu jestem na tym punkcie bardziej przewrażliwiona i… zlękniona.

Wiem, takie jest życie. Po prostu. Ludzie ranią siebie, innych. Nigdzie nie ma wszechobecnego szczęścia, zgody i miłości. Zawsze są problemy, kłótnie.
I są też osoby mniej lub bardziej wrażliwe.

Ja w większości przypadków zostałam zrozumiana i za to Wam

Dziękuje.