Bo jesteś matką a matki tak mają.

Unikałam szpitali, lekarzy jak tylko mogłam. W szpitalu Amelia była dwa razy – w dniu swoich narodzin i kilka dni temu…

Wiedziałam, że ma alergię. Nigdy nie była ona zbyt silna. Oczekiwanie na badania alergologiczne państwowo to ok 4 miesiące, no i najlepiej jakby dziecko miało skończone 5 lat. Więc radziłyśmy sobie uważając na to co może Amelię uczulić, podając wapno itp.. Zauważyłam, że ostatnio reaguje ona co raz mocniej na tą sierść oraz na jakiś składnik, który występuje w większości słodyczy.

I stało się.

Niedziela wieczór, po godzinie 20.00. Amelia opuchnięta, kasze i katar typowy jak ją coś uczuli. Moje ciśnienie wzrasta bo prosiłam, żeby uważać na nią. Nieważne.
Wykapałam ją, podałam leki, krople do oczu. I czułam złość na siebie, na ta alergię i na wszystko dookoła. Czułam już wtedy jakiś niepokój. Amelia była co raz bardziej niespokojna. Nie było jak zawsze…

Położyłam się z nią spać przed 22.00. Nie było wcale lepiej. Ale zawsze jej przechodziło po dobie, dwóch. Mała zasnęła szybko, ja przekręcałam się co chwilę i zerkałam na nią.

Godzina 1.00 w nocy. Nie śpię. Słyszę jak Amelia ciężko oddycha a na dodatek strasznie ma świszczący oddech. Co chwilę się krztusi. Zapalam lampkę i widzę jak opuchlizna urosła…buzia, oczy a nawet usta. Tego nigdy nie było. Podaje jej wodę. Mała marudzi, że chce spać, sama jest zmęczona tym co się dzieje z jej organizmem.

Godzina 1.40. Wstaję, ubieram się, pakuje do torby kocyk, misia i tablet. Pakiet, który da nam szansę przetrwać w kolejce na SOR. Budzę Amelię, która wstaje z płaczem. Ubieram ją. Nie wiem która z nas jest bardziej przerażona. Jedziemy do szpitala.

564e64ad528281a768905f1d892cbd93

Całe szczęście było dwoje dzieci tylko przed nami. Liczyłam, że podadzą jej coś mocniejszego na alergię i wrócimy do domu. Pani, która nas przyjmowała powiedziała, że wygląda jakby jej przechodziło i generalnie wszystko było ok. Miałam ochotę jej powiedzieć, że generalnie jest super i tak chciałyśmy pozwiedzać szpital w nocy. A co! Czekałyśmy półtorej godziny. Wiedziałam, że tablet się przyda.

Mała na początek dostała syrop antyhistaminowy. Czekałyśmy na reakcję organizmu. Po 40 minutach nic. Więc zastrzyk ze sterydami w mięsień. To jak moje dziecko krzyczało, płakało, błagało o powrót do domu…. Trzymałam ją ja, pielęgniarka i lekarka. Serce mi pękało. Sama byłam bliska płaczu ale wiedziałam, że tak trzeba. Nie wyobrażałam sobie, że będę trzymała Amelię kiedykolwiek w takim stanie. Ledwo łapiącą oddech, wystraszoną… Kolejne kilkadziesiąt minut czekania czy zastrzyk zadziała. Mela była zapłakana, zmęczona. Prosiła mnie abyśmy już nie wchodziły do tego pokoju (zabiegowego).
A ja? Ja w środku płakałam równie mocno jak ona, ręce mi się trzęsły cały czas. Byłyśmy same. Mela oglądała bajki a mi tak cholernie brakowało aby z kimś porozmawiać. No ale musiałam udźwignąć to sama.

Godzina 5.00 rano. Hospitalizacja. Amelia nie zareagowała na sterydy. Opuchlizna nie schodziła. Było zagrożenie utraty oddechu. Masakra.
Wzięłyśmy swoje rzeczy i poszłyśmy na oddział. Tam znowu czekanie na przyjęcie, wywiad i założenie wenflonu. Płacz, błaganie, krzyk.
Zarówno przy pierwszym zastrzyku jak i przy zakładaniu wenflonu mówiłam Amelii, że będzie ją bolało. Uprzedzałam. Nie kłamałam. Prosiłam, żeby ściskała druga rączką moją dłoń jak tylko ją coś zaboli i żeby to wytrzymała. Ślady po jej paznokciach miałam przez 4 dni.

child-in-hospital-with-doll_j0aviv

Chwilę później dostałyśmy łóżko. Mała od razu zasnęła podpięta pod kroplówkę. Mogłam położyć się z nią. Ja oczywiście nie spałam. Leżałam więc na łóżku analizując całą noc. Uspokajając milion emocji, które we mnie wrzały. Chciałam się popłakać i wyrzucić to z siebie. Ale ani to dobre miejsce ani pora. Cieszyłam się, że już Mela śpi i zawsze jest obok ktoś kompetentny kto nam pomoże.

Dwa pierwsze dni Amelia była ledwo przytomna. Organizm tak mocno zareagował, że ledwo ją z tego wyciągnęli. Później miała dwa ataki gdzie traciła oddech, tętno spadało… Przysięgam, że moja akcja serca wtedy się zatrzymywała. Najgorszemu wrogowi nie życzę takich doświadczeń – trzymania swojego dziecka, które ledwo daje radę…

Rozmawiając trzeciego dnia w szpitalu z moją mamą powiedziałam ” Jest OK. Nie wiem jakim cudem ale daję radę…”. I usłyszałam:

” Dajesz radę bo jesteś matką, a matki tak mają.”

I jest to 100% prawdy. Zachowanie zimnej krwi przy takich zdarzeniach graniczy z cudem ale dałam radę. Matki mają w sobie wielką moc. Miłość do naszych szkrabów sprawia, że stajemy się Superwoman. Później wystarczą ramiona ukochanego, w których możemy pozwolić sobie na chwilę słabości i oddechu. Gdyby nie M. to bym na pewno nie zniosła tego tak dobrze.

Z Melą jest już stabilnie. Ma leki na stałe. Kolejna hospitalizacja i szereg badań za dwa miesiące.
Teraz uczymy się żyć z alergią.